Miasto na dnie Młyńskiego Stawu

Udostępnij na:

Działo się to w sto lat z górą po tym jak Piotr Polak, na mocy przywileju z 1385r., założył służebny majątek rycerski Połęcze, pierwotnie zwany Polnem (Pollno), a następnie Dworem Polaka (Polenshof). Tenże Piotr, w tymże sa­mym roku, utrzymał od komtura bałgijskiego przywilej na wolny połów ryb w stawach bartoszyckich. Po stu latach ryb w stawach nadal nie brakowało i były przez następców Piotra odławiane na potrzeby miasta.
W tym czasie Bartoszyce były wyczerpane ciągłymi wojnami, które toczyły z Krzyżakami. W czasie wojny trzynastoletniej wierne Kazimierzowi Jagiellończykowi, jakkolwiek wokół otoczone przez wroga, wykładały duże kwoty, wspomagając także i w ten sposób króla polskiego w walce z Zakonem. Bartoszyczanie brali też w walkach bezpośredni udział, w przeddzień wojny zdoby­wając w lutym 1454r. zamek krzyżacki i burząc go, ale potem wiodło się im już gorzej. W 1457r., po klęsce nad Jeziorem Kinkajmskim, Krzyżacy dwu krotnie szturmowali miasto i zostali od jego murów odparci. Jednakże bartoszyczanie tak byli wyczerpani wojną, że zdecydowali się na rokowania z Za­konem, w wyniku których zaprzestali walk. Pokój był honorowy. Wielki Mistrz ogłosił przebaczenie i zostawił miasto przy jego dawnych przywilejach. Wojna trzynastoletnia zakończyła się pokojem toruńskim w 1466 r. Bartoszyce, ku wielkiemu niezadowoleniu mieszczan, nie dostały się w granice państwa pol­skiego, a zostały pod zwierzchnością Zakonu, będącego teraz lennikiem Pol­ski. A tak blisko już było do zwycięstwa, tyle walk. tyle ofiar, na próżno! Cho­ciaż pod krzyżackim jarzmem, miasto czuło się związane z Polską. Sprzeciwiało się z całej mocy skierowanym przeciw niej krzyżackim planom wojen­nym.
W mieście istniał silny samorząd. Urząd burmistrza był zaszczytny. Zdarzało się nawet, że ubiegała się o ten urząd szlachta, tak np. w 1482r. burmistrzem został wybrany właściciel wielu majątków ziemskich w okolicy Hennig von Groeben.
Bogatych mieszczan od biedaków dzieliła przepaść. Patrycjat miejski miesz­kał za murami, a biedacy w nędznych domach Nowego Miasta.
W takim właśnie ubogim starym domu mieszkał z wnukiem i córką, która owdowiała, człowiek już niemłody zwany Karasiem. Karasiowi czas byłoby już odpocząć, dosyć się w życiu napracował, najpierw w Nunach, a potem w Bartoszycach przy połowie ryb, naprawianiu lodzi i sprzętu… Ale co robić? Mąż córki nie żyje, a kobieta z dzieckiem nie da sobie sama rady. Jak skazać na nę­dzę własne dziecko i własnego wnuka ? Na deszcz kości go łamały i nie powi­nien już tak ciężko pracować, ale nie wiodło im się coś ostatnio, zresztą nie tyl­ko im, ale i innym w mieście. Wojna z Krzyżakami zubożyła Bartoszyce. Zgi­nęło też w niej wielu ludzi i choć już od tego czasu minęły ponad dwa dziesię­ciolecia, niepokoje nie wygasały, opór przeciw Krzyżakom trwa! i zanosiło sit^ na nową wojnę.
Jakby nie dość tego, po srogiej zimie, w czasie której napadało bardzo wiele śniegu, przyszło na wiosnę szybkie ocieplenie i śnieg zaczął się gwałtownie to­pić. Chatka Karasia stała niedaleko Dolnego Stawu Młyńskiego, z dala od do­mów i pewnie dlatego w czasie krzyżackich szturmów nie została spalona, a teraz zalały ją wody, które wystąpiły z brzegów. Na szczęście nic się nikomu nie stało. Solidniejszy dom pewnie by to podtopienie wytrzymał, ale zmursza­ła staruszka zaczęła się walić i tak zostali bez dachu nad głową. Karaś podpie­rał jeden najmniej zagrożony kąt i tam sypiali, ale strach było siedzieć tak, bo pierwsza burza mogła chatę zmieść do reszty i zagrozić ich życiu.
Stary był bardzo rozżalony. Jaka niesprawiedliwość, dlaczego los tak bardzo go prześladuje? Bogaci mają się dobrze, a on, który całe życie starał się i pra­cował, zostaje teraz bezdomnym! Gdyby był sam, to pewnie skończyłoby się na szpitalu, bo gdzie miał się podziać taki stary i chory dziad jak on, ale prze­cież była córka i ośmioletni dopiero Pietrek.
Tymczasem córka też nie siedziała bezczynnie. Już od dawna się zdecy­dowała. Pójdzie służyć do znajomej majstrowej na Starym Mieście, będzie pomagać w Kuchni. Dawno by to zrobiła, ale póki Pietrek był maleńki nie było to, możliwe. Nikt nie ścierpiałby, aby cudze dziecko pętało mu się po kuchni. Te­raz to co innego, taki ośmiolatek to już może matce pomagać, potrafi też sie­dzieć cicho, jak mu każą i na dodatek pięścią przyłożą. Tylko co zrobić z oj­cem? Nie śmiała mu o tym powiedzieć. Zadanie ułatwił jej Pietrek, który kie­dyś wygadał nieopatrznie, co się święci.
Stary Karaś, wbrew obawom córki, ani był zdziwiony, ani zagniewany. Wido­cznie tak już musi być, wola boska! Jakoś da sobie radę, byle oni nie głodowa­li. A on rybę zawsze złapie, a póki lato to i w starej chacie się prześpi. Do zimy jeszcze coś się wymyśli.
Od dawna już różne myśli chodziły mu po głowie. Wśród łowiących ryby krą­żyło wiele gadek i baśni. Szczególnie lubił te o rybach. Opowiadano, że w Łynie za Sępopolem ma pod wodą swój paląc Król Ryb, bardzo mądry i znający przyszłość. Gdyby go tak zapytać, dlaczego woda zniszczyła mu dom i co bę­dzie za 10 lat? Czy ten dom z Pietrkiem odbudują? Skąd wziąć na to pienią­dze, skoro wszystko co zarobi trzeba zaraz wydać na życie. Nikomu o tym nie powiedział. Nikt by go przecież nie zrozumiał, ludzie by się z tego śmiali i pe­wnie powiedzieliby, że zgłupiał, łowiąc, w samotności te swoje ryby. Kiedyś bardzo dawno był w Sępopolu, ale za Sępopolem nie był nigdy. Może tam wcale nie ma tego pałacu, ale co to szkodzi sprawdzić! Obudziła się w nim żył­ka wędrownicza i aż się dziwił, że ma ochotę do czegoś takiego na starość. Ty­le i ma teraz do roboty! Na jego miejsce przyjęli już młodego, już go poduczył trochę roboty, to i może iść.
Wziął więc kosturek, bo mógł się w drodze przydać, chleba w węzełek, a córce powiedział, że idzie odwiedzić starych znajomych w Nunach. Wyszedł raniutko, ale ludzie już nie spali. Mijał idących do miasta. Potem droga opus­toszała.
Była wiosna, śpiewały ptaki i w ogóle świat wydawał się wesoły. Gdy doszedł do Witek nagle odechciało mu się iść za drogą. Właściwie co on tu robi? Jeśli ma interes do Króla Ryb, to tu go nie znajdzie. Jego królestwem jest Łyna. Trzeba iść za biegiem rzeki. Skoro tylko tak pomyślał, od razu skierował się w stronę koryta Łyny. Droga nie będzie łatwa: gdzieniegdzie brzegi porasta las, gdzie indziej znów jest mokro, ale trudno. Jeśli się ma coś ważnego do załat­wienia, nie wolno się zrażać drobiazgami.
Było już południe, gdy przystanął, aby przysiąść na malej polance nad wodą, Trzeba się posilić! Wyjął z węzełka kawałek chleba, odłamał okruszynę i rzu­cił do wody dla ryb. Było to stałym zwyczajem ludzi żyjących z połowów. Nas­tępnie zaczął jeść patrząc na rzekę. Woda śpiewała, drobnymi falami przes­kakując gałęzie, powalonego niedawną powodzią drzewa. Ładnie tu było i tak jakoś swojsko, zielono i kwieciście… Rozmarzony wędrowiec już prawie zaczął drzemać, gdy nagle usłyszał głos:
– Czegóż to tu szukacie, Karasiu ?
Rozejrzał się przytomniejąc po polanie, ale nikogo nie zobaczył. Wtedy popa­trzył na wodę i ujrzał wielką rybią głowę. Może to był sum, bo z wąsami, ale jakiś taki niezupełnie podobny, Karaś dobrze znał ryby, przecież łowił je przez całe życie. Ale nie, to chyba jednak nie był sum. Nagle drgnął. Na wiel­kiej głowie ryby zobaczył małą, zgrabną koronę. Z początku, z tej odległości, wydawało mu się, że to sterczy jakaś płetwa, ale nie, to jest korona, bo i w do­datku, teraz to widzi wyraźnie, błyszczy w słońcu złociście. Karaś zrozumiał, ze ma przed sobą Króla Ryb i przestraszony nie odpowiadał na pytanie,
– Cóż Was tak zatkało, Karasiu – zapytał ponownie Król Ryb wcale niegroź­nie.
– Idę do Króla Ryb, co ma wielki pałac za Sępopolem.
– A skądże to wiecie o tym pałacu – zapytała ryba surowo.
– Ludzie powiadali – wyjąknął Karaś, ciągle jeszcze przestraszony i nieswój.
– Widzę, że wielka jest moja sława – udobruchał się Król Ryb – ale nie musicie już iść dalej, skoro tu się spotkaliśmy. Czegóż więc chcecie od Króla Ryb
– O, potężny Królu, nie wiem skąd wiecie, że się do Waszej Miłości wybrałem, ale mam ja wielkie kłopoty i przyszedłem prosić o radę! Król był wyraźnie rozbawiony.
– Nie wie, skąd się o nim dowiedziałem, ha, ha, ha! A przecież wszystkie ptaki o tym ćwierkają, a i Wy coś śpiewaliście pod nosem, idąc brzegiem mego kró­lestwa, czyż nie?
– Rzeczywiście, śpiewałem – zawstydził się Karaś – ale tu przecież nikt mnie nie słyszał!
– Wy ludzie jesteście dziwni, tylko o sobie myślicie, a tu nad Łyną i w Łynie jest tyle stworzeń. One też mają swój rozum, a widzą i słyszą lepiej od was. Zaw­sze to głupie ludzkie zarozumialstwo – powiedział władca ryb i Karaś nie wie­dział, czy jest on rozgniewany, czy też z niego kpi.
– No, powiadajcie, Karasiu z czym tam przyszliście – zachęcił go znowu Król Ryb i stary nie wiedzieć kiedy, wszystko opowiedział dokładnie i o powodzi, co rozwaliła mu chatę, i o swej trosce o wnuka Pietrka, i że chciałby wiedzieć, ja­ka będzie przyszłość Bartoszyc, czy rzeczywiście zanosi się na wojnę?
– Ukarz, Królu, wodę – poprosił na zakończenie – za to, że zniszczyła moją chatę. Jak tu żyć bez dachu nad głową? My ludzie, bez chaty, jesteśmy nikim. Nie chcę zostać żebrakiem, którego wypędza się z miasta. Jeśli mi nie pomo­żecie, Wielki Królu, zginę marnie.
Zasępił się Król Ryb. Zmartwiło go, że Karaś jest taki mściwy i chciałby wo­dę ukarać, ale wiedział też, ze jest on dobrym człowiekiem. Przecież w ciągu całego życia wyrzucał do wody wszystkie złowione mało rybki, aby dalej mogły żyć. Trzeba by jednak mu pomóc!
– Wiem jaka będzie przyszłość – powiedział poważnie – i Wam ją mogę poka­zać, ale znać przyszłość, to jeszcze nie wystarczy, aby mądrze żyć! Poczekajcie tu chwilę na mnie! To powiedziawszy, zanurzył się w falach rzeki i po chwili wyniósł w pysku płaski kamyk, wyrzucił na brzeg, a potem znów się zanurzył i wyrzucił drugi taki sam.
– Zaraz będziecie i Wy znać przyszłość. Spocznijcie pod tą wierzbą, zamknij­cie na chwilę oczy i połóżcie na powieki kamyki, a zobaczycie, co się w przy­szłości będzie działo w mieście!
Karaś posłuchał i zrobił to, czego zażądał Król Ryb. Trochę strach go obla­tywał, ale wokół było spokojnie, nie zobaczył, po rozejrzeniu się, niczego, co mogłoby mu zagrozić, więc położył pod wierzbą węzełek i kosturek i sam legł obok, z kamykami na powiekach. Nieswojo mu było tak leżeć jak umarłemu. ale rozumiał, że jeśli chce wydrzeć przyszłości jej tajemnice, musi się poddać wskazaniom Króla Ryb. Ledwie położył kamyki na powiekach, zobaczył jakieś kolorowe obrazy. – Co to za miasto? Jakieś znane, a nieznane …Ależ to Bartoszyce, poznaje je po Bramie Lidzbarskiej, …ale cóż to? Nie ma murów, nie widać dwu innych bram, a najdziwniejsze, że nie ma stawów okalających mu­ry? Tam gdzie były stawy, rosną kwiaty, krzewy, drzewa, spacerują ludzie …A to co? Z trudem poznaje to miejsce …Tak, tam był Dolny Staw Młyński. Od zachodniej strony miasta. Tu gdzieś była jego chata.
Teraz, jakby po dnie stawu, biegnie droga, jeżdżą pojazdy, strasznie dziwne, bo bez koni! Obok idą jacyś ludzie. Nigdzie nie widać Krzyżaków, a ci ludzie to dziewczyny, jak dziwnie poubierane, prawie całe nogi mają gołe! Każda porządna bartoszyczanka, nawet najuboższa, wstydziłaby się tak poka­zać na ulicy! Ale co tam dziewczyny! Obok drogi stoją domy. jeszcze nikt w nich nie mieszka, widać ludzi, którzy je budują!
Poruszony Karaś zrywa się gwałtownie, kamyki spadają mu z powiek. Ośle­piony słońcem, świecącym wesoło na niebie, przez chwilę nie może zebrać myśli, wreszcie przytomnieje i pyta:
– Królu Ryb, co to było? Przecież ta droga i te domy stały na dnie Dolnego Stawu Młyńskiego!
– Dobrze rozpoznaliście. Karasiu, to rzeczywiście dno tego stawu!
– Ale kiedy to będzie?
– Za pięć wieków, pięć lat, pięć miesięcy, pięć tygodni i pięć dni od tej chwili -słyszy odpowiedź Króla
– O, za daleko sięgnęliśmy. Tych czasów nie dożyję ani ją, ani mój wnuk, ani nawet jego dzieci „Chciałbym wiedzieć jak będzie za lat dwieście, a jeszcze le­piej za lat sto i za lat dziesięć!
– Jest na to rada, te kamyki były za ciężkie – mówi Król Ryb – przyniosę inne, lżejsze, to sobie popatrzysz!
Oglądając obrazy przyszłości widział dalej Karaś Bartoszyce w czasach roz­kwitu ze stawami, murami, handlujące zbożem, które sypano do specjalnych spichrzów znajdujących się w mieście. Ratusz na Rynku był przebudowany, mieszczanie bogaci, w pięknych szatach. Załadowane towarami wozy kupie­ckie przejeżdżały przez wszystkie trzy bramy.
Ale najbardziej ciekawiła Karasia przyszłość najbliższa, w której będzie żył on. a potem jego wnuk. Zobaczył pod powiekami, jak toczyła się wojna. Te obrazy były mu znane z własnych przeżyć i bardzo do nich podobne, ale nie trwały długo. A więc jednak będzie wojna – pomyślał.
Potem zobaczył piękną panią, której nie znał. Pani rozmawiała z różnymi ludźmi. Raz widział ją rozmawiającą z Krzyżakami, to znowu z mieszczanami, potem zaś z jakimiś rycerzami. Po barwach poznawał, że to byli rycerze pol­scy. Ale co to? Pani towarzyszy jakiś piękny Bogato ubrany młodzieniec. Toż to Pietrek! Poznaje dziadek w młodzieńcu swego wnuka.
W następnym obrazie widzi jakiegoś bardzo starego dziadka, który wycho­dzi z jednego z domów Starego Miasta. Ojej! To on sam. tylko że ubrany ina­czej i bardziej przygarbiony wiekiem.
I znów pod wpływem wzburzenia zrywa się Karaś, a potem żałuje. Przecież mógł patrzeć dłużej, nikt mu nie bronił.
Takie piękne były te obrazy, a on wszystko zepsuł. Białe kamyki lezą na trawie, a Król Ryb ciągle wychyla się z wody, jakby chciał dalej prowadzić z nim rozmowę.
Wrzućcie do wody kamyki. Karasiu, moja służba musi je zanieść z powrotem na miejsce i powiedzcie, czy jesteście zadowoleni z tego coście widzieli?
– Więc jednak wojna będzie – wzdycha Karaś.
-A będzie – mówi Król Ryb – ale nie martwcie się, ani wam, ani pietrkowi nic się nie stanie.. Jak wrócicie do miasta zapytajcie o panią Barbarę z Pień. Ludzie wam powiedzą, gdzie jej w mieście szukać. Państwo z Pień często do Bartoszyc przyjeżdżają. Barbara jest wielką panią, jedyną dziedziczką, ale to jesz­cze bardzo młoda pani pod opieką rodziców. Idźcie do niej tak jak do mnie i opowiedzcie jej swoją historię. Ona ma bardzo litościwe, serce i weźmie na słu­żbę was i waszą córkę. Da wam mieszkanie na Starym Mieście, w Bartoszycach, teraz jest tam dużo pustych domów, których właściciele w czasie wojen zginęli. To bogata pani kupi dla was ten dom i będzie się w nim zatrzymywała na obiady i noclegi, jak przyjedzie do miasta. Jej właśnie Barbarze Romelawin. Bartoszyce będą zawdzięczać pokój po wojnie, o której mówiliśmy. Bę­dziecie jej służyć wiernie, Karasiu, a pamiętajcie, póki możecie, uczcie zawsze młodych, aby dbali o ryby, a złowione małe. niedorosłe zawsze wrzucali do wody – powiedział Król Ryb – Muszę już wracać do swego pałacu, pamiętajcie o moich radach! Zegnajcie, bo pewnie więcej się nie zobaczymy!
Zachlupotała woda i Król Ryb zniknął w falach Łyny. Wokół świeciło słońce, brzęczały owady, śpiewały ptaki, szumiał wietrzyk, ale Karasiowi zdawało się., że zrobiło się pusto. Wziął wiec kij i węzełek i powędrował z powrotem do Bartoszyc.
Zdziwiona wczesnym jego powrotem córka zapytała, co słychać u znajomych w Nunach…
– Nie doszedłem tam, córuchno. nogi mnie rozbolały i zawróciłem – odpowie­dział. Córka spojrzała badawczo. Coś dziwnego działo się z ojcem. Przedtem nigdy taki nie był. Co postanowił to zrobił, a teraz wrócił z niczym, z połowy drogi i taki zamyślony? Po dłuższym jednak zastanowieniu doszła do wniosku, że to choroba mu dokucza. Może poradzić się znachora? Zobaczymy. Stary już jest, nie powinien tak ciężko jak dotąd pracować.
A stary Karaś jeszcze w tym samym tygodniu dopytał się o panią Barbarę i wszystko przebiegło tak, jak zapowiedziała wróżba. Co prawda trochę, to trwało, bo córka zgodziła się na rok do majstrowej, ale że zwyczajowo sługi najczęściej godziło się na świętego Michała, majstrowie przystali, aby termin skrócić i poszukać jesienią kogoś innego na jej miejsce.
Młoda dziedziczka z własnej inicjatywy zatroszczyła się o los Pietrka i posła­ła go, aby się uczył w znanej w całej okolicy bartoszyckiej szkole, wszystkie opłaty biorąc na siebie. I tak punkt po punkcie spełniało się wszystko to. co głosiła przepowiednia.
Od dawna mieszkali już na Starym Mieście i tylko córka nie mogła zrozu­mieć, po co Karaś ciągle biega nad staw do roboty. Nikt mu już nie rozkazuje, bo pracują tam inni ludzie, a on jak głupi. Przecież mógłby nie pracować! Pani Romelawin płaci tyle, że na wszystko wystarcza, a i ubrani chodzą nie tak jak przedtem, bo służba takiej dziedziczki nie może jej przynosić wstydu i musi wyglądać lepiej od służby mieszczan. To jest zrozumiałe! Po co więc ojcu to ciągłe przesiadywanie nad stawem? Tylko pogarsza jego łamanie w kościach!
Karaś wiedział swoje, umowa z Królem Ryb musi być dotrzymana. Przecież, mu nakazał uczyć młodych dobrego obchodzenia się z rybami.
Długo odwlekana wojna z Krzyżakami wybuchła w r. 1519 Bartoszyce trzy­mały jak zwykle z królem polskim. Tak załoga Zamku Bartoszyckiego jak i szpiedzy meldowali Wielkiemu Mistrzowi, że Bartoszyccy „mieszczanie pragną poddać miasto, gdy tylko Polacy się pokażą”. Załoga Zamku chciała wedrzeć się do miasta, ale to się, tak jak i w poprzednich wojnach, nie udało. Pod mu­rami gorzały walki.
Bogu dzięki, że mieszkali już w Starym Mieście, bo wszystkie przedmieścia zostały doszczętnie spalone, a nawet, jak regularne wojska walczyły gdzie in­dziej, to wokół grasowały bandy rabusiów. Niebezpiecznie było wychylić, się za mury i Pietrek patrzył ze współczuciem na dziadka, który marniał, nie mogąc doglądać ryb w stawach.
Wtedy to pani Barbara Romelawin, już stateczna niewiasta, pokazała, co potrafi. Wszyscy wiedzieli, że to także dzięki jej staraniom doszło do zawiesze­nia broni w 1521r. Musieli to przyznać nawet nieprzychylni kobietom kronika­rze. Co prawda pokój nie był długotrwały, ale dobry i taki, aby można było złapać oddech przed następnymi zamieszkami.
– Doprawdy – myślał nieraz dziadek Karaś, przesiadując przy ciepłym piecu -łatwiej być rybą w Łynie niż spokojnym obywatelem Bartoszyc. Dziadek miał pełne prawo tak myśleć! Czyż nie był zamożnym właścicielem domu. miesz­czaninem całą gębą? A czyż jego ukochany wnuk Pietrek. człowiek wykształ­cony, nie jest zaufanym możnej pani Barbary Romelawin? Czyż pani ta nie ma zamiaru wydać za Pietrka swej krewnej Anny, jak tylko dziewczyna dorośnie?
Na tych dumaniach dziadka zakończymy już tę historie.
Przypisy
Miasto na dnie Młyńskiego Stawu
s.7 Barbara Romelawin jest postacią historyczną, chociaż bardzo tajemniczą. Niewiele o niej wiadomo, poza tym , że była osobą bardzo wpływową i przyczyniła się do zawarcia pokoju po wojnie z Krzyżakami w 1521 roku. Umieściłam jej dom rodzinny w Pienach , ponieważ wiadomo , że istniał tam kiedyś dwór szlachecki, jednakże nie ma na to żadnych dowodów, że tam, a nie gdzie indziej mieszkała.
s.8 Pokój zawarty z Krzyżakami w 1521 roku trwał bardzo krótko. Zaraz potem na skutek wystąpień Marcina Lutra nastąpiła Reformacja i wojna chłopska. W okolicach Bartoszyc i Sępopola zrobiło się bardzo niebezpiecznie.
Więcej o Królu Ryb i o jego córkach przeczytasz w legendzie „Skarby Królewny Naty”