Legenda „Syn Miodu”

Udostępnij na:

Po obu stronach Łyny rozciągały się wieczyste lasy – puszcza niedostępna i straszna dla tych, którzy jej nie znali, ale dla zamieszkującego ją ludu matka-żywicielka. Po prawej stronie Łyny – Barcja, po lewej – Natangia, obie zamieszkane przez pruskie pokrewne plemiona. Lud byt to dorodny, chłopy na schował, a dziewczęta urodziwe. Te plemiona żyły z puszczy; kobiety zbierały jagody i grzyby, a uzbrojeni mężczyźni organizowali wyprawy łupieskie. Powszechnym zajęciem było też bartnictwo czyli podbieranie. miodu pszczołom, których w puszczy nie brakowało, miały tu bowiem świetne warunki. Wszędzie wokół kwitły drzewa, wszędzie wokół rosło mnóstwo miododajnych roślin na ukwieconych polanach. Być bartnikiem – nie lada to była sztuka, trzeba się było długo uczyć jej od ojca. Miodu nie podebrał byle kto. To znaczy podebrać mógł, ale tylko raz, bo gniazdo pszczół łatwo zniszczyć, ale co potem? Cierpią na tym rośliny i ludzie. Ktoś, kto tak robił był rabusiem, a nie bartnikiem; był powszechnie potępiany i mógł spodziewać się kary bogów.
Barcja była najżyźniejszą pod słońcem krainą i dobrych bartników było wielu, ale chyba najlepszym był stary Runo, ojciec kilku synów i jednej urodziwej córki.

Wśród synów ulubieńcom ojca był najmłodszy. On najchętniej, jak tylko trochę podrósł, pomagał ojcu przy barciach w borze, a miał do tego dar od bogów dany. Nie zdarzyło się, aby pszczoła go użądliła. Nie wiadomo po czym poznawał, kiedy w jakiej barci jest najwięcej miodu i kiedy go brać tak, aby pszczołom nie przeszkadzać i nie zaszkodzić, wiedział tez jak barcie chronić przed niedźwiedziem i jak najlepiej zabezpieczyć je na zimę. Nazywano go człowiekiem – pszczołą i niepostrzeżenie przylgnęło do niego imię Miligedo – Syn Miodu. l tak już zostało.

Już wtedy Barcja, niestety, nie była krainą wolną. Życie takie jak opisane wyżej trwało jeszcze we wspomnieniach ojców. Teraz coraz częściej dochodziły słuchy, ze nawet tu w głąb puszczy wdzierają się oddziały zakutych w żelazo zbrojnych z czarnymi krzyżami na białych płaszczach. Ludzie ci niszczyli pruskie leśne osady, zabijali ich mieszkańców, a wziętych w niewolę żywych zmuszali do ciężkiej ponad ludzkie siły pracy, od której marli – źle żywieni i źle traktowani. Straszna to była rzecz dostać się do niewoli krzyżackiej. Już chyba stokroć lepsza była śmierć w walce z okrutnym, a przemożnym wrogiem. Takiego przynajmniej zdania byt jeden z braci Miligedo – zwinny Argo, któremu jakimś cudem udało się zbiec z krzyżackiej półtorarocznej niewoli w Bartoszycach.

Kiedy Miligedo byt młodzieńcem dziewiętnastoletnim, osadę, w której żył, spotkał los podobny, jak wiele innych w pobliżu Bartoszyc, gdzie od lat istniał zamek krzyżacki. Wśród ludu przetrwały legendy o wielkim powstaniu pruskim, kiedy to zamek zdobyty przez Prusów aż 9 lat byt pod ich panowaniem, ale byty to już tylko legendy, bo jak można oprzeć się Krzyżakom o tyle lepiej uzbrojonym? Wielu Bartów zanosząc modły do Gromowładnego i składając mu ofiary z miodu i chleba, prosiło, by wszystkie jego pioruny spadły na bartoszycki Zamek to siedlisko krzyżackiej siły, by bogowie ocalili swój lud i wyzwolili od grożących mu rycerzy krzyżowych, ale zarówno modły, jak i ofiary były bezskuteczne Bogowie nie dawali się przebłagać.

Ludność osady ostrzeżona na Czas zdołała ujść w głąb puszczy, niewiele można było wziąć dobytku, nie było na to czasu i wszystko czego Krzyżacy nie zrabowali poszło z dymem. Zima jaka nastąpiła po tej katastrofie była bardzo ciężka. Na nowym miejscu trzeba było zaczynać wszystko od początku, trochę pomogły im zapasy schowane przemyślnie w jamach ziemnych, trochę ludzie z sąsiednich lauksów czyli osad, ale i oni w ciężkiej byli sytuacji. Pogorzelcy trzymali się razem i ratowali wzajemnie, ale i tak przyplątała się jakaś zaraza, na którą nawet wędrowni kapłani – zigo nie umieli nic poradzić i kilkoro dzieci umarło z głodu, a wśród nich i ukochany trzyletni bratanek Miligedo.

Wtedy Syn Miodu, podobnie jak i jego rówieśnicy, postanowił rzucić swoje uwielbiane pszczoły i walczyć z Krzyżakami. Zbyt słabo jeszcze władał bronią. Wprawdzie jak każdy chłopiec pruski był tego uczony od dzieciństwa, ale nie przywiązywał dotąd do tej sprawy należytej wagi. Teraz zrozumiał, że musi bronić swej osady i swej ziemi przed krzywdzicielami, bo i tu na nowym miejscu, mimo że o wiele dalej od Bartoszyc, nie czuli się bezpieczni. Podobnie myśleli sąsiedzi z innych lauksów i złączeni wspólnym celem oddali się pod dowództwo Argo, który jako syn starego Runo, a równocześnie człowiek znający zwyczaje Krzyżaków, mógł wiele zdziałać, bo zajęty dotąd czym innym pilnie uczył się od brata i z zapartym tchem słuchał jego opowiadań o grubych murach i wspaniałości bartoszyckiego Zamku, a także wielkości i bogactwie nienawistnego miasta.

Zbrojny oddział pilnował osady i jej okolic, biada Krzyżakowi, który pojedynczo, lub nawet samotrzeć zapuściłby się w te strony. Zdarzało się napadać i na grupy kilkunastu rycerzy i knechtów zakonnych.
Już dwa lata chronili osiedla i święte miejsca pruskie, gdy Argo zginął w czasie jednej z potyczek. Wtedy na wodza wybrano Miligedo. W grupie byli jeszcze jego dwaj starsi bracia, ale widać nie tylko z pszczołami umiał postępować Miligedo, kiedy to nawet starsi bracia uznali jego wyższość. Prawda, ze Syn Miodu był młodzieńcem na schował – silnym i dzielnym, ale takich było wielu, więc musiało być w nim coś jeszcze, co spowodowało, że wszyscy poddali mu się bez szemrania. Młody wódz poświęcał się całkowicie walce z Krzyżakami. Dotąd się nie ożenił, bo gdzież była dziewczyna taka jak jego siostra. Tak piękna, łagodna i zaradna. l która umiała śpiewać jak ona? Miligedo bardzo kochał swa siostrę i choć była to miłość braterska, to mimo woli każdą dziewczynę z nią porównywał. Aż zdarzyło się.
Tego lata mieli o wiele mniej zajęcia niż dotąd. Krzyżacy jeszcze zimą wybrali się na wyprawę wojenną. Zostawili co prawda znaczną załogę na Zamku, ale nie mieli już dosyć ludzi, aby dokonywać podbojów okolicy, zresztą latem z reguły czynili to mniej chętnie.

Bartowie wiedzieli, że na miejscu ich lauksów Krzyżacy zakładają nowe wsie Nie zapuszczali się tam, było to zbyt niebezpieczne, ale teraz Miligedem zawładnęła tęsknota za znajomymi stronami i wielka równocześnie ciekawość, że postanowił w pojedynkę podkraść się do swej dawnej wsi i zobaczyć na własne oczy, co się tam dzieje. Był czas żniwny. Znanymi sobie ścieżkami leśnymi młodzieniec podszedł blisko terenów, gdzie dawniej był ich lauks. Prawie nie poznał okolicy. Ze ściśniętym sercem zauważył, że nie ma już Świętego Gaju! Biedne Duchy Ojców, gdzie one coraz mieszkają? Za to łan zboża jaki objął wzrokiem był o wiele rozleglejszy niż niewielkie poletka, do jakich jego oko przywykło. Była to dorodna pszenica. Domostwo, jakie zobaczył, też nie przypominało zagród pruskich – nie było obronne! Niedaleko od tego domu było jeszcze kilka innych. Czemu one stoją tak blisko siebie. Nie mógł zrozumieć Miligedo.
Tymczasem ciemne chmury gromadziły się nad nie podbitymi jeszcze okolicami Barcji. Z wyprawy wróciły wojska krzyżackie i bartoszycki Zamek miał znów pełną obsadę. Widać była co wyprawa dla Krzyżaków pomyślna, bo wrócili butni i coraz śmielej zapuszczali się w głąb puszczy. Miligedo wiedział od zaprzyjaźnionych Natangów, że po drugiej stronie Łyny działo się równie źle, choć więcej tam było mokradeł i trudniej było rycerzom ze złowieszczym krzyżem poruszać się w tamtej okolicy.

Nadeszła straszna zima. Przyniosła ona zagładę świeżo założonej osadzie, w której żyła rodzina Miligedo. Zginęli wszyscy: ojciec, bracia i siostra. On sam ciężko ranny w walce i uznany przez Krzyżaków widać za zabitego, cudem tylko ocalał. Organizm miał żelazny i jakoś dowlókł się lasami do miejsca, z którego podglądał żniwującą mazurską dziewczynę. Ona też znalazła go na skraju lasu. Po stroju poznała, że to Prus. Wyglądał strasznie, należało udzielić mu pomocy, chociaż byt dzikim poganinem. Zdawała sobie sprawę, że naraża rodzinę. Krzyżacy nie lubili, aby ktokolwiek pomagał Prusom. Mazurzy jednak też nie uwielbiali Krzyżaków. Minęły już lata wolne i musieli dawać zakonowi coraz większe daniny. Ciągle walczący o zdobycie nowych ziem Zakon potrzebował żywności dla coraz liczniej przybywającej z zachodu rycerzy pomagających walczyć z poganami, więc mazurskim chłopom powodziło się coraz gorzej. Rodzice Kasi zgodzili się ukryć rannego przed Krzyżakami, bo choć grozili oni karą bożą za pomaganie poganom, rozumieli, że pomóc rannemu w tej sytuacji to uczynek chrześcijański, mieli też nadzieję, że poganina nawrócą i będą mieli nie lada zasługę w niebie. Sprowadzili nawet starego znachora, który opatrywał rany. Rannego ukryto w ziemiance, gdzie przynosiła mu jeść Kasia lub jej matka.

Całą prawie resztę zimy Miligedo był nieprzytomny, lecz gdy oprzytomniał, pierwszą osobą jaką ujrzał była Kasia. Słabymi wargami zdołał wyszeptać jej imię. Niepomiernie zdziwiona nie rozumiała, skąd chory je zna, ale wytłumaczyła sobie, że musiał słyszeć, jak zwracała się do niej matka lub znachor i choć robił wrażenie nieprzytomnego, jednak już obserwował, co się dzieje wokół. Dopiero dużo, dużo później dowiedziała się jak było naprawdę. Miligedo wracał do zdrowia i równocześnie uczył się języka. Gdy Już mógł mówić i powiedział, że nazywa się Miligedo, w oczach dziewczyny błysnęło niedowierzanie. Słyszano tu to imię wodza Bartów, ale Kasia nie wyobrażała sobie, że może on być taki młody. Widziała niemal chłopca, w dodatku wycieńczonego chorobą, miałby to być ów sławny wódz pruski, przed którym nawet Krzyżacy drżeli??? Nie mieściło się to jej w głowie i pomyślała że Milegedo to może częste wśród Prusów imię. Znachor znał nie tylko tajniki pruskiego zielarstwa, znał również język pruski, więc gdy rodzice Kasi zorientowali się z kim mają do czynienia-przestraszeni postanowili przetrzymać Milegedo jakiś czas i jak najprędzej wyprawić go za Łynę do Natangii, gdyż słyszeli, że tam Prusowie jeszcze wśród bagien i mokradeł trzymają. Tak też się stało. Lecz nim Miligedo opuścił kryjówkę, młodzi przywiązali się do siebie. Przed odejściem wódz Prusów, odwdzięczając się za opiekę, przyniósł z lasu miód i zboże, które Bartowie mieli ukryte w dzbanach glinianych w jamach ziemnych. Nie mogło się już przydać jego nieżyjącym bliskim, więc niech posłuży tym, którzy ratowali mu życie.

Przy pożegnaniu Kasia łykała łzy. Nie wypadało płakać, rozstając się z obcym przecież człowiekiem, w dodatku poganinem i Prusem, ale serce się jej ściskało i gdyby to było możliwe, zalałaby się łzami. Miligedo zauważył jej rozterkę i zdołał szepnąć: „Nie płacz, jeszcze się zobaczymy, postaram się o to!” Te słowa dodały Kasi otuchy, choć doprawdy nie wiedziała na co mogłaby liczyć. Czyż mogła myśleć o wspólnej z nim przyszłości? Miligedo był jej tak bliski! W myślach nie nazywała go inaczej jak tylko Milikiem, a jednaki on nie odważył się rozmawiać z nią na ten temat. Widocznie zdawał sobie sprawę, że ich wspólne życie w małżeństwie jest tak trudne, że aż prawie niemożliwe. Dziewczyna tak piękna i pracowita, jak Kasia, na pewno znajdzie chłopca do żeniaczki w swojej wsi. Brak ziemi nie wchodzi w rachubę, dosyć było ziemi, którą można było wydrzeć puszczy. Krzyżacy przecież chętnie osadzali na prawie niemieckim każdego, licząc na przyszłe daniny, Miligedo jest Prusem, jako poganin nie może zostać osadnikiem, a coś ciągle odstręczało go od nowej wiary. Czyż niemiecki Bóg mógł być Bogiem Prusów? Przyszli wyrywać im ziemię i wszystko co rodziła, zagarniali ich mienie, nie oszczędzali nikogo. Nie, Miligedo nie umiałby uwierzyć, że bóstwo Niemców jest sprawiedliwe, choć łatwo było wierzyć, że jest to bóstwo potężne. Słyszał wprawdzie o osadzonych, ochrzczonych Prusach, byli już tacy, ale chyba nie umiałby tak żyć, wyrzec się swoich, choćby i zmarłych? Nie, tego nie mógł uczynić! Wiedział jednak, że nie umie wyrzec się też myśli o Kasi. Jak troskliwie go pielęgnowała w chorobie, nie może tak być, aby więcej jej nie zobaczył. Gnębiła go tez myśl, że swoim bliskim nie mógł urządzić uroczystego pogrzebu, jaki nakazują pruskie zwyczaje. Jeszcze jego brał miał laki pogrzeb, płomień oczyścił jego duszę, miał ze sobą i swego konia i broń, co gwarantowało, że szczęśliwy wśród zmarłych przodków, lecz co będzie z ukochanymi: ojcem, braćmi, siostrą? Nowa wiara, której próbowano go uczyć, wszystko przedstawiała całkiem inaczej, zmarłych należało grzebać! Jego bliscy też pewnie zostali pogrzebani, bo Krzyżacy obawialiby się wiosną jakiejś zarazy, a przecież na pewno zamierzali w spalonym pruskim lauksie osadzić wieś na prawie niemieckim. To była stała ich praktyka.

Miligedo nie mógł uwolnić się od wspomnień . Przypominał sobie dziwny sen, który miał kiedyś, gdy zmęczony niespodziewanie położył się na chwilę na leśnej polanie po zabezpieczeniu barci przed niedźwiedziem. Śniło mu się, że nagle znalazł się w królestwie pszczół. Był mały jak pszczoła i jak równy z równym rozmawiał z królową. Królowa dziękowała mu za opiekę nad swymi podwładnymi i przyrzekła mu pomagać we wszelkich okolicznościach życiowych.
Władczyni pszczół przepowiedziała, że na ród pszczeli przyszły ciężkie czasy walk z Krzyżakami, że on Miligedo odegra w tych walkach ważną rolę. Powinien bronić swego ludu. Pszczoły mu pomogą, jednak musi uważać aby nie narazić się na zmagania z potęgą krzyżacką zimą. Pszczoły wtedy śpią i nie będą mogły mu pomóc.

Wtedy Miligedo nie wiedział, co ten sen mógłby oznaczać lecz teraz, gdy część przepowiedni królowej już się spełniła, przeczuwał jak trudna czeka go rola. Kochał pszczoły, ale cóż te pracowite jego ulubienice znaczyły wobec krzyżackiej potęgi? Czy w ogóle należy przejmować się przepowiedniami królowej pszczół. Przecież pszczoły są od ludzi zależne i nie wtrącają się do ich życia. Miligedo wątpił zresztą, czy on byłby zdolny stanąć do walki z całą z całą potęgą Zakonu.
Tak rozmyślając zdążał do Natangii. Przeprawa nie była trudna, znał miejsce, gdzie był bród i kilka takich, gdzie nie było wirów i można było pokonać rzekę wpław. Czul się źle bez konia. On, wódz Bartów nie miał teraz najnędzniejszego bodaj wierzchowca. Brak broni mniej go smucił, w końcu kręciło się trochę butnych Krzyżaków po puszczy i można było broń zdobyć, a konie krzyżackie rosłe i silne, ale nie przywykłe do trudnych warunków bytowania w puszczy nie na wiele mogły się przydać. Pruskie koniki, jakkolwiek mniejsze i nie takie urodziwe, były jednak niezastąpione w warunkach leśnego oddziału, jaki należało stworzyć, jeśli nie chciało się zaniechać obrony swej ziemi i wiary. Ziemi… Gdzież jego ziemia? Oto deptał leśne ścieżki Natangii. W całej już Barcji panowali Krzyżacy, a w tej jej części, która była najbliższa jego sercu, nie było już bezpiecznej od Zakonu ziemi. Jak jest w Natangii? Zmierzał do Głomna. Ten pruski lauks położony wśród bagien był, o ile wiedział, bezpieczną jeszcze od Krzyżaków przystanią. Broniły go nieprzebyte mokradła, gdzie tylko Prus wiedział, jak się prześlizgnąć, a Krzyżaków wciągały zdradzieckie dla nich moczary i bajora. Tu jeszcze istniały święte gaje i sławne romowe, gdzie nawet teraz bezpiecznie palono zwłoki zmarłych wraz z całym niemal dobytkiem, jaki zgromadzili za życia. Tu jeszcze Prus mógł czuć się w miarę swobodnie.

Natangowie przyjęli go serdecznie, nie próbował ukrywać swego imienia, zbyt wielu go tu znało, aby co miało jakiś sens. Nastrój jednak, jaki tu został, nie podnosił na duchu. Natangowie byli tak zgnębieni, że nie myśleli już o obronie. Prawie wszyscy uznali ją za bezskuteczną wobec widocznej potęgi Zakonu. Nie znaczy to, że zamierzali się wszyscy ochrzcić, ale na wiecu zapadły uchwały, że należy uczynić to dla pozoru w okolicach rolniczych bliższych Bartoszycom i nie chronionych tak skutecznie przez bagna jak Głomno. Głomno pozostanie siedzibą kapłanów i miejscem dla Krzyżaków niedostępnym, świętym. Biada temu Prusowi, co zdradziłby tajne ścieżki Krzyżakom.

W sprawie Miligedo wiec postanowił, że będzie on gościem w Głomnie mile widzianym, niech wraca tu do zdrowia i przebywa dokąd chce. Pamiętano jego zasługi w walce z Krzyżakami, a jednak nie było teraz mowy, aby przygotować się do jakiegoś oporu zbrojnego. Zmartwiło to bardzo Miligedo, ale nie był w stanie wpłynąć na przebieg wiecu. Byt tylko gościem, bardzo zresztą szanowanym, lecz nie miał prawa decydować o przyszłych losach okolicznych lauksów i ich mieszkańców. Wobec takiej sytuacji postanowił skorzystać z gościnności Natangów i być tam do końca lata. Mógł zajmować się pszczelarstwem, szczególnie zaś barciami stanowiącymi własność lauksu. Jego sława dobrego bartnika była nie mniej głośna niż sława dobrego wodza. Nie mogąc ćwiczyć wojowników, Miligedo miał tę pociechę, że ćwiczy chociaż młodych bartników i czuł, że ich trud służy tej samej sprawie. jakiej służyła walka.

W ciągu reszty lata Miligedo dwa razy przekradał się na drugi brzeg Łyny i spotykał się z Kasią w znanym im obojgu miejscu, na którym kiedyś znalazła go na wpół żywego. Rodzice i rodzeństwo Kasi nie byli w to wtajemniczeni. Oboje młodzi tęsknili za sobą, wiedzieli już, że chcą być razem, ale Miligedo miał ciągle jeszcze opory przed przyjęciem nowej wiary, choć coraz jaśniej widział, że jest to jedyny sposób, aby zaślubić Kasię. W obecnej sytuacji nikt nie miałby mu tego za złe. Przecież wiec Natangów uchwalił takie postępowanie jako obowiązujące prawo. Uchwały Bartów co prawda nie było, ale nie należało się jakiejkolwiek ich uchwały spodziewać, bo któż ją miałby podjąć, byli zbyt rozbici i rozproszeni. Miligedo nie zgadzał się jednak w duchu z uchwałą natangijskiego wiecu i dlatego ociągał się z realizacją jego postanowień. Zresztą jako Barta ona go nie dotyczyła, mógł postąpić jak chciał a tymczasem chciał kilku rzeczy, które nawzajem się wykluczały. Potrzebował czasu, aby to przemyśleć i dlatego jeszcze do mrozów przebywał wśród Natangów. Potem oświadczył Kasi, że gotów jest przyjąć chrzest i zostać osadnikiem. Rodzice Kasi początkowo nawet nie chcieli słyszeć o tym małżeństwie. Nawrócić poganina to zasługa u Boga ale dać Prusowi własną córkę za żonę, podczas gdy było tyki chętnych do żeniaczki z nią chłopców – swojaków, to zupełnie co innego. Niespodziewanie Kasia okazała wiele sprytu. Poszła do księdza, zwierzyła mu się z czego mogła, nie zdradzając kim jest właściwie Miligedo, zyskała w starym kapłanie sojusznika, który pomógł jej przekonać rodziców.

Miligedo – nie rozpoznany -ochrzczony został z grupą Natangów po kilkumiesięcznym przygotowaniu. Na chrzcie dano mu imię Michał. Imię to wybrała Kasia jako trochę podobne w brzmieniu. Dzięki temu mogła nadal nazywać Miligedo Milikiem. Ślub młodych odbył się w miesiąc po Bożym Narodzeniu zgodnie z wiarą i obyczajami mazurskimi. Z wiosną młodzi zajęli się karczowaniem lasu pod swoje nowe gospodarstwo. Miligedo podjął się za zachętą urzędników krzyżackich założenia gospodarstwa (Krzyżacy liczyli, że z czasem też osady) głębiej w lesie. Chcieli wydrzeć puszczy kawał żyznej ziemi, ale Prusowie. jakkolwiek ochrzczeni, niechętnie podejmowali się tego, bo ich stara wiara na karczowanie drzew nie pozwalała. Urzędnicy byli więc radzi, gdy Miligedo zgodził się na ich warunki. A on głównie miał na myśli względy bezpieczeństwa. Po prostu nie chciał mieszkać we wsi, gdzie w każdej chwili mogli wpaść Krzyżacy. Wybrał punkt, z którego mógł obserwować mazurską osadę, a równocześnie taki, który pozwoliłby na wycofanie się w głąb lasu w razie niebezpieczeństwa. W stosunku do Krzyżaków byt o wiele bardziej nieufny od Mazurów.
Minęło kilka lat, wśród nich te, które byty dla gospodarstwa Kasi i Miligedo latami wolnymi. Trzeba już było dawać Krzyżakom daniny. Życie toczyło się względnie spokojnie. Miligedo nawet kilka razy w ciągu roku bywał w Bartoszycach i sam na własne oczy mógł ujrzeć to o czym kiedyś opowiadał mu Argo. Ubierał się teraz i mówił po mazursku i nie każdy orientował się, że jest Prusem. Kasia była młodą, szczęśliwą, choć bardzo zapracowaną kobietą, bo w domu była już dwójka dzieci: córka i mały, dopiero półtoraroczny chłopiec. Każdy Prus pragnął przede wszystkim syna, ale Miligedo czuł ciepło w sercu, gdy myślał, że jego mała wyrośnie kiedyś na pannę tak śliczną, jaką była Kasia. Praca w gospodarstwie obciążonym daninami była nielekka, lecz dzięki darom pola i puszczy oraz pracowitości i talentom obojga małżonków chleba, miodu, mięsa i ryb nigdy im nie brakowało.

Nie dane było jednak widocznie zarówno Mazurom, jak i Prusom zaznać pokoju i szczęścia na ziemi teraz już krzyżackiej. Do Bartoszyc przybył nowy namiestnik komtura z wieloma nowymi, oddanymi mu rycerzami wśród nich i zwierzchników uchodził za prawego i dzielnego wodza. Ludność okolic Bartoszyc jednak już wkrótce przekonała się. Iż jest to wróg tak Prusów, jak i Mazurów, wielki gwałtownik, ponadto człowiek chciwy ponad miarę. Powinności na rzecz Zakonu stawały się coraz większe i wkrótce zaczęły przerastać możliwości przeciętnych gospodarstw. Coraz częściej te zabierano mężczyzn do świadczenia różnych prac i usług dla Krzyżaków. Nowy namiestnik budził postrach i wkrótce nie pamiętano już nawet jego imienia, a powszechny stał się jego przydomek Okrutny – Grausam.

W gospodarstwie rodziców Kasi nie działo się teraz najlepiej. Bracia poszli na swoje, a tymczasem stary Mazur nie miał już tyle sil co dawniej, zaczął chorować, a daniny żądano coraz więcej.
W czasie jednej z wypraw karnych, jakie Grausam wysyłał do zalegających z daniną, jego ludzie pobili wielu Mazurów, jak mówili „opornych”, wśród nich i ojca Kasi, który w kilka tygodni później zmarł. Gospodarstwo ojca i kilka innych znajdujących się w podobnej sytuacji Krzyżacy zabrali i oddali osadnikom niemieckim. Na Mazurów padł blady strach, ale Miligedo poczuł się zagrożony. Jego gospodarstwo było zbyt piękne, aby nie miało wpaść w oko zawistnych służalców Grausmana. Przypomniano sobie, że miała tam powstać cała osada i należy te plany teraz zrealizować, a przede wszystkim należy odebrać zasobne gospodarstwo przybłędzie Prusowi i dać je zasłużonej dla zakonu rodzinie niemieckiej. Wprawdzie obecny gospodarz oddawał daniny, ale przecież można nałożyć większe. Gospodarstwo ugięło się od nadmiaru różnych świadczeń, a Miligedo był ciągle zabierany do wykonywania usług dla Zakonu. Chociaż matka pomagała Kasi po śmierci ojca, to gospodarstwo tak często pozbawione męskiej ręki zaczęło podupadać. Rodzina Miligedo została osaczona, a kiedy uroda Kasi coraz częściej zwracała uwagę ludzi (irausama nachodzących ich teraz bezustannie okazało się. że Miligedo jest skazany na śmierć lub bohaterstwo. Pewnego dnia doszło do najgorszego: w obronie żony Miligedo rzucił się na Krzyżaka z siekierą, zabił również dwóch jego towarzyszy zaatakowany przez nich. Nie było innego wyjścia, pozostały znane tylko Miligedo ścieżki w głąb puszczy.
W pośpiechu zabrali dzieci i trochę rzeczy najniezbędniejszych. Matki Kasi nie było w tym dniu u nich, bo poszła pomagać starszemu synowi do wsi. Miligedo chętnie podpaliłby zabudowania, aby Okrutny nie tuczył się jego pracą, ale we wsi był większy oddział krzyżacki i zachodziła obawa, że płomienie mogłyby skierować baczność Krzyżaków na uciekinierów, więc porzucił te myśli.

Syn Miodu pałał żądzą zemsty. Oto Krzyżacy zniszczyli cały dorobek jego życia. Odebrali mu dom. Żyje żona, żyją dzieci, ale on jest bezradny, puszcza jest już znacznie przetrzebiona, nie taka bezpieczna jak za czasów jego dzieciństwa. Jemu może dałaby jeszcze schronienie i utrzymanie, ale nie ukryje w niej rodziny. Pozostawało jedno bezpieczne miejsce – Głomno w Natangii i tam też skierowali się uchodźcy.
I znów minęły lata. O Miligedo, obrońcy biednych i krzywdzonych, który był tak dzielny, jak jego patron Michał Archanioł, śpiewał pieśni lud pruski i mazurski, a dla Krzyżaków imię to stało się straszne. Grausam nie był już taki swobodny w swoim postępowaniu, musiał się liczyć z możliwością zemst Miligedo. Wydawało się wręcz niewiarygodne, aby siły całej komturii nie dały rady kilkunastu ludziom pruskiego mściciela. Nikt dokładnie nie wiedział, ile on ma ludzi pod swoją komendę, ale był wszędzie tam, gdzie go najmniej się spodziewano. Żaden Krzyżak nie czuł się teraz bezpieczny ni w Barcji, ni w Natangii. Mówiono, że oprócz Prusów Miligedo ma pod swymi rozkazami także Mazurów, lecz nikt niczego nie wiedział dokładnie. Grausam, którego podobno Syn Miodu poprzysiągł ukarać, sypiał coraz gorzej, zrobił się też przesądny. Jakiś wróżbita, którego potajemnie wezwał, wywróżył mu, że zginie od żądła, a ponieważ imię Miligedo – Syna Miodu -było głośne, każdy rozumiał, iż tym żądłem będzie jego miecz. Rozwścieczony namiestnik kazał służalcom wróżbitę powiesić, ale od tego czasu miał sny coraz koszmarniejsze, wychudł i zrobił się tak straszny, że jego dawni kompani i zausznicy drżeli przed nim chyba nie mniej niż Prusowie i Mazurzy.
Dziewięć lat już trwały utarczki Syna Miodu z Zakonem. W tym okresie z Kasią i podrastającymi dziećmi przebywającymi ciągle w Głomnie widywał się rzadko. Przebywając raz w Barcji, raz w Natangii, Miligedo nigdy nie miał czasu na cieszenie się rozkoszami domowego ogniska. Rozumiał, że te radości ma już za sobą, teraz zaś jest tylko karzącym mieczem cierpiącego pruskiego ludu. Osadnicy, nawet niemieccy mogli czuć się bezpieczni. Miligedo raz tylko w ciągu tego czasu i to w pierwszym roku swej walki z zakonem napadł na zagrodę niemieckiego osadnika i spalił ją, ale była to jego własna zagroda i nawet Niemcy rozumieli, że zausznik Grausama poniósł zasłużoną karę. Jednak żaden rycerz czy oddział zbrojny nie mógł teraz czuć się dobrze w komturii. Miligedo czuwał bezustannie i zawsze wypatrzył jakiś błąd w postępowaniu Krzyżaków, za który najczęściej płacili śmiercią.

Prawdą jest jednak, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Namiestnik ściągnął od komtura nowe posiłki z Bałgi i przyszedł czas, że Syn Miodu nie zdołał się wyślizgnąć. Bohaterską postawą doprowadził do tego, że część jego oddziału przebiła się przez krzyżackie szeregi, ale koń jego padł, ugodzony przez zakonnych. Mimo że pozbawiony wierzchowca, Miligedo bronił się skutecznie, zdając sobie sprawę, że nic mu już nie pozostało oprócz chwalebnej śmierci. Ofiarował ludowi pruskiemu swoje życie, teraz musi mu ofiarować taką śmierć, która mimo wszystko da jego ziomkom powód do dumy i pozwoli im przetrwać gorycz upokorzeń, jakie ich czekają. Stos ciał wokół Miligeda rósł. Krzyżacy, atakujący początkowo z wielkim impetem, musieli się cofnąć niepomni nawet na hańbę padającą na sławę zakonu. Syn Miodu był jeden, a ich było tylu świetnie uzbrojonych, lecz wobec siły i bohaterstwa Prusa zdawało się bezradnych. Była to jednak chwilowa tylko przewaga wodza Prusów, bo oto znowu napierały nadciągające szeregi wrogów. Miligedo osaczony, pozbawiony wsparcia swoich ludzi, musiał paść w końcu z wyczerpania i licznych ran, których broniąc się doznał.
I oto Krzyżacy stali teraz zdumieni nad powaloną postacią wcale nie nadludzkiego, jasnowłosego wodza Bartów i nie mogli uwierzyć w jego śmierć.
Po zwycięstwie Grausam wyprawił wielką ucztę, w czasie której wino lało się strumieniami. Przez trzy noce płonęły światła w oknach i na dziedzińcu, jak również na podzamczu. Podobnie na falach Łyny, odbijane w jej wodzie. Ucztowano bez opamiętania.
W tym czasie wierni towarzysze Miligedo nie próżnowali. Syn Miodu musi mieć pogrzeb co najmniej tak piękny, jak Argo, według pruskich starych zwyczajów. Nie bacząc na to, że był od wielu lat ochrzczony, na miejscu do tego przeznaczonym – miejscu świętym, jakim było przenoszone z konieczności wielokrotnie- ramowe Bartów- ułożono stos z odpowiedniego, dającego niewiele dymu drewna, bo mimo pijaństwa na zamku trzeba się było liczyć z krzyżackim niebezpieczeństwem i wbrew zwyczajom, niestety, trzeba było się spieszyć. Pięknie ubrane zwłoki bohatera zostały położone twarzą na wschód, a kapłani – ligasze i tulisze wychwalali jego czyny, a było przecież o czym śpiewać! Wraz z zabitym palono jego broń, grzebano też, jak każe zwyczaj, jego konia. Piękne stare dęby otaczające polanę stanowiły tło uroczystości. Gdy stos zapłonął, najstarszy z tuliszów zaczął mówić o swoich wizjach. Słuchano go nadzwyczaj uważnie, lecz nikt go nie rozumiał.
Oto zamiast mówić jak zwykle, że bohater na swym wspaniałym rumaku wzlatuje poprzez nieboskłon do szczęśliwej krainy przodków, tulisz twierdził, że kieruje się on do Bartoszyc, że w mieście tym wędruje po ulicach, a nawet wstępuje na dziedziniec krzyżackiego Zamku. Wreszcie oznajmił, że Miligedo będzie jedynym Bartem – świadkiem upadku potęgi Zakonu i państwa niemieckiego na pruskiej ziemi.
Zgromadzeni ludzie nie mogli się rozeznać w swoich uczuciach. Dlaczego tulisz mówił tak od rzeczy? To nie dawało się zrozumieć! Stos dogorywał, a potężny grzmot przetaczający się przez niebo, zwiastował letnią burzę. Lunęły potoki deszczu i dogasiły stos. Czy bogowie się gniewają? Ludzie pod wpływem strachu zaczęli domagać się od kapłanów, aby wytłumaczyli, co to znaczy; czy ta burza w czasie tak uroczystego pożegnania bohatera jest wróżbą dobrą, czy złą? Postanowiono złożyć Perkunowi ofiarę z czarnego byka, co zostało wkrótce dokonane, a potem, gdy kapłani podeszli z urną, by pozbierać w nią prochy bohatera, po rozgarnięciu resztek stosu, oczom zebranych ukazał się wśród popiołów kamienny posąg z naszyjnikiem, rogiem do picia i mieczem u pasa. Przeciągłe Ooo! wstrząsnęło dąbrową. Bez najmniejszych wątpliwości wszyscy pojęli, że Miligedo zostaje wśród nich, aby ich bronić przed Krzyżakami, że uznał, iż nie czas mu ulatywać do szczęśliwej krainy przodków, kiedy tu pozostaje płaczący swych krzywd pruski lud. Wróżba starego tulisza zaczynała nabierać sensu, stawała się doniosłym proroctwem.
Posąg pozostawiono w świętym Gaju z wiecznie płonącym ogniem. Skrzywdzeni przez Krzyżaków Prusowie przychodzili tam, wierzono powszechnie, że gdy skrzywdzony dotknie miecza . Miligedo, krzywdziciel zostanie ukarany. Wszyscy rozumieli, że trzeba strzec przed Krzyżakami posągu i jego tajemnicy. Krzyżacy gotowi go zniszczyć tak, jak niszczyli wszystko co pruskie.

Jednak Krzyżacy dowiedzieli się, że Prusowie ukrywają jakiś posąg kamienny w głębi lasu, że choć ochrzczeni, zamiast gromadzić się w kościołach, chodzą do swoich świętych gajów. Grausam szybko zapomniał o zagrożeniu ze strony Miligedo. Teraz ten znienawidzony wódz pruski już nie żył, a on, Grausam był znowu niepodzielnym panem okolicy. Zorganizował więc wyprawę w głąb puszczy. Pewien był sukcesu. Wiózł ze sobą pruskiego niewolnika, który od trzech miesięcy pracował na zamku przy żarnach. Torturami i obietnicami zmusił go, aby wyjawił, gdzie znajduje się romowe Bartów, tam spodziewano się znaleźć posąg. Grausam chciał ten posąg odebrać poganom, aby w ten sposób położyć kres ich grzesznym praktykom. Pojmowanemu Prusowi obiecał wolność, jeżeli wskaże właściwą drogę Krzyżakom. To głupie pruskie bydlę uwierzyło, że będzie wolne, więc jedzie teraz z nimi i wskazuje drogę. Grausam śmiał się w dymu z naiwności Prusa. Wszystko poszło gładko. Świętego miejsca nie pilnował teraz nikt zbrojny, więc po zabiciu kapłanów podsycających ogień, silni pachołkowie władowali posąg na woź, oddział zbrojnych rycerzy otoczył go i z pełną triumfu pieśnią ruszyli, przez nikogo nie zatrzymywani, do Bartoszyc.

Był okres rojenia się pszczół. Krzyżacy jechali spokojnie drogą leśną, gdy nagle jeden z rojów zaatakował konia namiestnika. Spłoszony, kłuty żądłami wierzchowiec poniósł na oślep w puszczę. Grausamowi włosy zjeżyły się pod hełmem, bo przypomniał sobie powieszonego wróżbitę i jego przepowiednię. Na próżno czynił wysiłki, aby powstrzymać oszalałe zwierzę. Gdy ujrzał wysoki brzeg Łyny, zrozumiał, że jego los jest przesądzony Koń zawisł w powietrzu, jeździec wyleciał z siodła i w ciężkiej zbroi runął w fale Łyny. Wkrótce woda pochłonęła go. Koń walczył dłużej. Kilku Bartów i Natangów widziało tę scenę, lecz Grausam byt tak znienawidzony, że nie mógł liczyć na niczyją pomoc. Ciało okrutnego wodza nigdy nie zostało odnalezione, choć Krzyżacy szukali go w zakolach rzeki i wyznaczali nawet nagrodę dla znalazcy.
Tak dopełniła się wróżba i tak dopełniła się zemsta pszczół za zabicie Miligedo – Syna Miodu.
Kamienny posąg bohatera, zgodnie z rozkazami utopionego Grausama, dojechał do Bartoszyc i stanął przy jednej z ulic miasta. Od tego czasu lud pruski pokochał znienawidzone dotąd Bartoszyce, bowiem było to teraz miasto Miligeda – ich bohatera, który, jak wierzyli, będzie świadkiem upadku potęgi obcego, wrogiego tym ziemiom krzyżackiego państwa.

Autor: Teresa Bratek